Siergieja Gienadowicza. Kombinujemy razem jak wysłać mnie dalej w drogę. Czasu mam bardzo niewiele. Za cztery dni kończą nawigację na rzece Ałdan (to znaczy przestaje chodzić prom, bo rzeką wali kra), a to około 600 kilometrów najtrudniejszej drogi, bo przez ogromne góry, dalej na zachód, w głąb Jakucji. Tę
pogoda, możemy wyrobić się w jeden. Ale wygląda na to, że w górach sypie. A czeka nas skok przez Góry Wierchojańskie do Chandygi, gdzie jest przeprawa przez rzekę Ałdan.
Dzisiaj w bazie transportowej Siergieja poznałem chłopaka, z którym jutro rano ruszę na trasę. Na imię ma Jura. Jedziemy kamazem
.
Mówię o przeprawie przez Ałdan. Już wczoraj wieczorem udało mi się ją załatwić, a ci, którzy mi w tym pomogli, mówili, że to piekielnie ryzykowne przedsięwzięcie. Jasna sprawa. Widzę tę rzekę z okna mojego pokoju. Mamy pokonać ją na łódce, a nie lodołamaczem!
Już w łóżku zacząłem się bać. Rano
promową przez Ałdan. A on jeszcze staje pod sklepem robi ostatnie zakupy. Rzecz jasna także wódka. Mówi, że nie pije, ale w drogę, w mróz, w tajgę bez wódki nie można.
Potem, już w drodze, nasza ciężarówka staje. Straciliśmy powietrze, chociaż kompresor działa, a bez tego kamaz nie pojedzie. Bez
syberyjską rzekę Ałdan w ostatnich dniach października zeszłego roku.Ale dlaczego ja o tym opowiadam? Ano dlatego, że wydawało mi się, że trzeba mieć raka, ciężko chore serce albo głowę, żeby tu żyć. Nie mieć naprawdę nic do stracenia albo innego wyjścia, żeby osiedlić się na biegunie okrucieństwa. Tak